Tygrysi księżyc poleciła mi przyjaciółka, a ja, mimo że nie słyszałam wcześniej o tej książce, postanowiłam sięgnąć po nią od razu. Czy było warto?
Na początek przybliżę fabułę - książka opowiada o przygodzie chłopca Farhada Kamala i jego śnieżnego tygrysa imieniem Nitish, którzy zostali wyznaczeni przez hinduskiego boga Krysznę do uratowania jego córki - księżniczki o wielu imionach.
Historia, można by pomyśleć, dość sztampowa i schematyczna, lecz gdybym miała w fabule każdej książki doszukiwać się czegoś innego, jakiś nowości, która by się jeszcze nie pojawiła, to chyba byłoby trudno :) Ogółem mówiąc, czytając Księżyc postanowiłam zwrócić uwagę przede wszystkim na klimat i słownictwo.
Momentami opowieść działała na mnie usypiająco, wtedy myślałam, że wypożyczenie tej książki było wielkim błędem. Ale później... później było tylko lepiej. Historia nabrała tempa, główny bohater musiał podejmować coraz to większe wyzwania a ryzyko nieustannie wzrastało.
Magia Tygrysiego Księżyca jest wręcz namacalna, możemy poczuć zapach kadzideł w hinduskich świątyniach, żar słońca, czy szorstki piasek pustyni Thaar, a wszystko w towarzystwie Farhada i majestatycznego tygrysa z mówiącymi oczami.
Dodam jeszcze jedno - dzięki wyrafinowanemu słownictwu autorki czytelnik nie ma wątpliwości, że Antonia MIchaelis wie, o czym pisze.
Polecam chyba każdemu. A jeśli ktoś nie ma ochoty zwiedzić Indii na grzbiecie tygrysa, może sięgnąć po Opowieści sieroty :)
P.S
Mam problemy z czcionką, poprzednie recenzje kopiowałam z worda, a blogspot chyba nie toleruje takich... mam nadzieję, że nie będzie to zbytnio przeszkadzać. Robię, co mogę.
czwartek, 3 czerwca 2010
środa, 2 czerwca 2010
Opowieści sieroty: W ogrodzie nocy/ The Orphan's Tales: In the Night Garden - Catherynne M.Valente
Książka przyciągnęła moją uwagę dzięki okładce. Wszyscy wiemy, że tak się nie robi, ale jednak to pomaga mi wybrać coś odpowiedniego dla siebie wśród sklepowych półek. Książka opowiada o dziewczynce zamieszkującej sułtański ogród. Wszyscy jednak boją się jej, z powodu czarnych cieni, które widnieją wokół jej oczu, nazywana jest demonem i wszyscy starają się unikać „dziwadła”. Lecz pewnego dnia pojawia się chłopiec – syn sułtana, który postanawia odkryć tajemnice opuszczonej sieroty. Okazuje się, że cienie, to tak naprawdę słowa, które układają się w cudowne bajki i różnorodne opowieści.
Po przeczytaniu kilku stron książki Valente moja wyobraźnia rzeczywiście pracowała na pełnych obrotach. Choć muszę przyznać, że niektóre historie były tak niedorzeczne i abstrakcyjne, że w pewnych momentach wszystko chyliło się ku tandecie, jednak były też takie przygody, które zapadły głęboko w moje serce i do których z chęcią wrócę – co jest dużym plusem. Trzeba dodać, że Opowieści sieroty to książka, w której górują opisy, raz przesłodzone, raz wręcz ujmujące – lecz to nie zmienia faktu, że nie powinny po nią sięgać osoby, które łakną nieustannej akcji, nudzą się i irytują nadmiernymi opisami miejsc, sytuacji i wyglądu bohaterów.
Z początku lektura denerwowała mnie trudnymi do zrozumienia i absurdalnymi wydarzeniami, jednak później robiło się coraz lepiej, byłam wtedy oczarowana i pewna tego, że wyprawię się do sklepu po drugi tom. Jednak pod koniec książki znowu zaczęło się wszystko psuć. Valente zaczęła w każdej historii stosować pewien schemat, przez co całokształt stracił trochę na swojej niezwykłości i oryginalności – ktoś przyszedł pomóc komuś i odwrotnie, zdarzenia stawały się coraz bardziej przewidywalne. Kiedy bohatera danej opowieści spotkało coś złego, od razu wiedziałam, że za chwilę pojawi się ktoś, kto pomoże mu w jakiś sposób rozwiązać problem.
Mimo wszystko uważam, że każdy z nas od czasu do czasu potrzebuje przeczytać taką książkę. Nie jestem teraz w stanie dokładnie określić, czy wybiorę się po kolejny tom Opowieści sieroty, może nie będę miała ochoty, a może znowu zapragnę zaczytać się w świat Valente – nigdy nie wiadomo. Lecz powtarzam, każdy z nas potrzebuje od czasu do czasu sięgnąć po coś typu Opowieści sieroty, ponieważ jest to książka w pewnym sensie bardzo zadziwiająca i gdy przeczytamy ostatnie jej słowa orientujemy się, że wszystkie irytujące nas historie w rzeczywistości już nam wcale nie przeszkadzają. Ogółem wrażenie dobre.
Etykiety:
bez oceny,
literatura amerykańska
[4] Stephanie Meyer - Przed świtem
Zakończyłam czytać Przed świtem, tym samym kończąc ostatni i najdłuższy tom sagi Zmierzch. Zaczęłam, przeczytałam, skończyłam i wyciągnęłam wnioski.
By nie przedłużać, w ostatnim tomie Bella i Edward wreszcie biorą ślub, po czym wyjeżdżają na miesiąc miodowy. Po wszystkim, Bella dowiaduje się, że jest w ciąży. Cóż… muszę powiedzieć, że to dość odważny pomysł. Ale jakiś musiał być, a przecież ciąża Belli była nieunikniona skoro zgodziła się z kimś związać. Lecz zapewne nie byłam jedyną osobą, która myślała, że ciąża nastąpi po przemianie bohaterki, tak więc Meyer postąpiła inaczej i nie ma się czemu dziwić. Jednak zważywszy na to, że Edward jest wampirem, a jego ukochana człowiekiem, nastąpiły też pewne komplikacje – dziecko rozwijało się w zatrważającym tempie, więc w czasie ciąży sprawiało wiele bólu swojej matce, złamało jej nawet kręgosłup. Wszystko nie kończy się do końca szczęśliwie, Bella po urodzeniu dziecka była na skraju wyczerpania, więc by nie oddać jej w ręce śmierci, Edward przemienia swoją ukochaną w wampira. Po tych nieszczęśliwych wydarzeniach wszystko wraca do normy, przynajmniej do jakiegoś czasu, gdyż do gry włączają się wcześniej wspomniani Volturi, którzy uważają, że nie można tolerować takiego wytworu jakim jest Renesmee – pół człowiek, pół wampir, a tym samym córka bohaterów. Państwo Cullen wzywają na pomoc resztę wampirów, jest to jedyna szansa przetrwania ich rodzin .
Przed świtem jest na pewno najbardziej dojrzałą książką pod względem językowym, a także pod względem uczuć.
Jednym plusem całej afery z rodziną Volturi, była możliwość poznania innych wampirów z całego świata, oraz zaznajomienie się z ich umiejętnościami. Wcześniej o tym nie wspomniałam , lecz Edward ma osobliwą umiejętność czytania w myślach, jego siostra Alice potrafi przewidywać przyszłość, a jej mąż Jasper – panować nad uczuciami wszystkich istot. Jest jeszcze dużo przykładów.
To było plusem, a dlaczego jedynym? No cóż… wszystko wyglądało tak, że Volturi narobili rabanu, przyszli, a zobaczywszy rodzinę Cullen „uzbrojoną” w grupę innych wampirów, po prostu naradzili się i odeszli. Tyle. Żadnego rozlewu krwi, żadnej śmierci, żadnego poświęcenia, zero. Byłam bardzo zawiedziona, tym bardziej, że przez większość książki czytamy o tym , jaka to Bella jest zaniepokojona o córkę i o resztę drogich jej osób – po czytaniu tego samego spodziewałam się jakieś niespodzianki ze strony autorki. No ale warto dodać, że jest w książce też część, w której czytamy wszystko z perspektywy Jacoba. Przynajmniej można było się trochę pośmiać i nasycić barwnymi opisami. Ogólnie Przed świtem był już drugim tomem tego cyklu, który połknęłam bez zastanowienia. Mam swoje ulubione fragmenty i była to naprawdę przyjemna książka, jak najbardziej godna miana ostatniego tomu.
Etykiety:
Wydawnictwo Dolnośląskie
Subskrybuj:
Posty (Atom)

