poniedziałek, 17 września 2012

Pięćdziesiat twarzy Greya/Fifty Shades of Grey - E.L. James

Studentka literatury Anastasia Steele przeprowadza wywiad z młodym przedsiębiorcą Christianem Greyem. Niezwykle przystojny i błyskotliwy mężczyzna budzi w młodej dziewczynie szereg sprzecznych emocji. Fascynuje ją, onieśmiela, a nawet budzi strach. Przekonana, że ich spotkania nie należało do udanych, próbuje o nim zapomnieć – tyle że on zjawia się w sklepie, w którym Ana pracuje, i prosi o drugie spotkanie. Młoda, niewinna dziewczyna wkrótce ze zdumieniem odkrywa, że pragnie tego mężczyzny. Że po raz pierwszy zaczyna rozumieć, czym jest pożądanie w swej najczystszej, pierwotnej postaci. Instynktownie czuje też, że nie jest w swej fascynacji osamotniona. Nie wie tylko, że Christian to człowiek opętany potrzebą sprawowania nad wszystkim kontroli i że pragnie jej na własnych warunkach… Czy wiszący w powietrzu, pełen namiętności romans będzie początkiem końca czy obietnicą czegoś niezwykłego? Jaką tajemnicę skrywa przeszłość Christiana i jak wielką władzę mają drzemiące w nim demony?
Wyobraźcie sobie, że gdzieś daleko, bo w Ameryce, żyje sobie niewinna studentka Anastasia i marzy o swoim księciu z bajki - na razie proste, jednak trudniej przyjąć już fakt, że książę AKURAT się zjawia i to nawet na 4 kołowym rumaku o dumnym i ociekającym bogactwem imieniu AUDI SUV. Nasza bohaterka pęka z zachwytu - "(...) troszczy się o mnie na tyle, żeby ratować mnie przed jakimś mylnie pojętym niebezpieczeństwem. To nie mroczny rycerz, ale biały rycerz w lśniącej zbroi, klasyczny bohater romantyczny, sir Gawain lub Lancelot."
Tak oto zaczyna się nasz romans, który spokojnie kwalifikuje się na dramat. Jestem zszokowana, ale nie tak, jak życzyliby sobie tego wydawcy, czytaliście przecież tył okładki "egzemplarz na minutę", "1000 egzemplarzy w zaledwie 7 dni" "niebagatelna kwota 5 milionów dolarów", wow, liczby potrafią zawrócić w głowie, szkoda że samo ich źródło już niezbyt.

50 odcieni głupoty w postaci czystej

Wątpliwe dzieło E L James to historia o dziewczynie masochistycznie uległej, która "własne zdanie" zna tylko z definicji i nawet nie śmie wypróbować go w praktyce. Jej najmniejsze oznaki buntu są przez Greya odbierane z niedowierzaniem i z reguły wtedy wygłasza tyradę o "braku uległości" czy "nieposłuszeństwie". Co najgorsze, my Anie współczuć nie możemy, przecież odrzuciła swoich wcześniejszych adoratorów ze słowami "to fajny, amerykański chłopak z sąsiedztwa, ale na pewno nie bohater literacki" UPS? Jakiś problem z odróżnieniem życia od fikcji? W pewnym momencie doszłam jednak do wniosku, że Ana mało co różni się od swojego szarego towarzysza zabaw. Christian Grey może być prawdziwym nieszczęściem na drodze każdej normalnej dziewczyny, jest jak obrzydliwa mucha, którą należy z miejsca potraktować kapciem lub wielką packą i z pewnością nie powinien być efektem jakichkolwiek fantazji. Świźbi cię ręka, kolego? To się podrap.

"-Chcesz się czegoś napić?
-Nie.
-To dobrze, chodźmy do łóżka."

Tak, właśnie zacytowałam wam jeden z dialogów i potraktujcie go, proszę, jako bardzo precyzyjne streszczenie całej fabuły. Według mnie nie można dodać nic więcej. Współczuję Monice Wiśniewskiej, że musiała poświęcić się temu tłumaczeniu. Ja wyzionęłabym ducha stając przed zadaniem przetłumaczenia ponad 11 stronnicowego opisu seksu, czy szczodrych detali typu nazwy szampanów, win i dań. Do tego worka dorzucić możemy rozległe opisy garderoby Any po samą bieliznę
"50 twarzy Greya" to najśmieszniejsza rzecz tego roku, śmieszna, lecz w bardzo tragiczny sposób. A to moja mina przy momentach klapsów, "och, co powie Christian", tamponie, czy "znowu się czerwienię".
Już pominę parę zdań na temat powtórzeń, portretach psychologicznych bohaterów (których nie ma) i tak dalej, bo każdy już chyba o tym czytał. Powiem jednak o jednej rzeczy, którą przeczytałam właśnie dzisiaj "50 twarzy Greya" - książka dla fanów Zmierzchu". No, czyżby? Nie jestem wielką fanką Meyer, ale do Zmierzchu nic nie mam (prócz żałosnego Zaćmienia) i akurat lubię i całkowicie się nie zgadzam. Od "Zmierzchu" zaczął się w ogóle taki gatunek jak paranormal romance, to BYŁO coś zupełnie nowego, podczas gdy EL James ściągnęła tylko podstawy z wyżej wymienionego bestsellera, dodając elementy BDSM, bo przecież to takie szokujące. Nie polecam, jak już to pożyczcie od kogoś (jak ja), ściągnijcie z internetu, ale nie kupujcie! Pamiętajcie o tym, że wszystkie cytaty pochodzą z książki, więc dowodów macie wystarczająco.

Ocena: 3/6 słaba


Trójczyna, za co? Trochę podniosłam za jeden plus - e-maile wymieniane między bohaterami. Gdyby cała książka była utrzymana w podobnym tonie, z pewnością wzniosłaby się z otchłani beznadziei. Czyta się ekspresowo, ale to przez prostacki język, ogrom dialogów i opisy rzeczy nieważnych.

"Fifty Shades of Grey" - E.L James; Wydawnictwo Sonia Draga 2011, 606 stron; literatura amerykańska, przekład - Monika Wiśniewska, tom I trylogii Pięćdziesiąt odcieni/Fifty Shades series

poniedziałek, 30 lipca 2012

Seria "Inne Anioły/Strange Angels" 1-3 - Lili St.Crow

Po przeczytaniu opisu książki byłam zachwycona, wiedziałam, że książka będzie dla mnie idealna. Jednak szybko okazało się, że opis a książka to mniej więcej taka para jak film i prawdziwe życie, czyli różnica może okazać się SPORA.
Po pierwsze, "Inne Anioły" to nie jest książka ani mroczna, tym bardziej romantyczna. Koncepcją przypomina mocno genialny serial "Supernatural", lecz jakościowo nie mają ze sobą nic wspólnego. Kolejna rzecz, która mija się z prawdą to opis naszej bohaterki, Dru Anderson, samotna? Być może. Wrażliwa? Po dłuższym namyśle można się niechętnie zgodzić, ale niebezpieczna? Dru jest kompletnie zagubiona w Prawdziwym Świecie, do którego przygotowywał ją przez całe życie ojciec - łowca wszlkich, nadnaturalnych stworzeń, jej niewiedza wydawała się dość załosna po wieluletnich treningach i lekcjach.
Muszę przyznać, że z początku czytało się całkiem przyjemnie, klimacik był, dało się wyczuć tajemniczą atmosferę siedząc z ojcem Dru przy szklance whisky, jednak po jego śmierci wszystko zaczęło się niemiłosiernie wlec. Do tego autorka miała bardzo brzydki nawyk powtarzania wszelkich krzywd, jakich Dru doznała od samych narodzin, wałkowała i analizowała tę listę raz po raz, bezustannie, doprowadzając mnie do szału.
Akcja podzielona jest pomiędzy dom Dru, market, w którym zdarzyło jej się nocować i, okazjonalnie, szkołę, więc nie ma się co dziwić, że nie dzieje się właściwie nic godnego uwagi. W domu Dru użala się nad sobą, przerywając czasem swe nudne dywagacje, by opowiedzieć, co jej przyjaciel Graves przygotował na obiad, lub co miałaby ochotę porobić, ale trudne życie jej nie pozwala. W markecie również nie ma co liczyć na wrażenia, a w szkole? Jak to w szkole - nudy. Występuje oczywiście dość klasyczny, powtarzany nałogowo w amerykańskich filmach podział społeczności szkolnej, czyli cheerleaderki ze swoimi chłopakami z drużyny na czele drabiny, a na dole cała reszta bezkształtnej masy. Występuje również nauczyciel-ciemiężyciel, a jakże! Pani Bletch jest prawdziwą kosą i łatwo się domyślić, że to właśnie z nią Dru będzie miała prawdziwy problem.
Ogólnie "Inne Anioły" są dość ubogie nie tylko stylistycznie, ale również w bohaterów i mam na myśli przedewszystkim brak tego mrocznego charakteru, przed którym czytelnik czułby respekt, którego motywy byłyby w stanie nas zaciekawić. To właśnie najbardziej boli mnie w książkach, kiedy ten wirtuoz zła zamiast intrygować, może i przerażać, wzbudza jedynie śmiech. Szkoda, jestem osobą, która potrafi docenić tę "mroczną stronę".    
Rzadko postanawiam przeczytać kolejne części serii, kiedy już pierwsza okazuje się słaba, ale chyba zrobię wyjątek. Mam pod ręką następne trzy tomy, a że takie książki są niedługie i czyta się je właściwie ekspresowo, chcę je ocenić i zrobić jeden wielki (i pierwszy taki) post o całej serii :)

Ocena: 3/6 słaba


"Strange Angels" - Lili St.Crow; Wydawnictwo Amber 2010, 304 strony; literatura amerykańska, przekład - Ewa Skórska, tom I cyklu Inne Anioły/Strannge Angels




W tej części na Dru czeka wiele zamian, ponieważ zostaje wysłana do Scholi (Hogwart to z całą pewnością nie jest, ale zawsze stanowi lekkie urozmaicenie po bolesnych dłużyznach w "Innych Aniołach"), gdzie dhampiry i wilkołaki chwilowo koegzystują ze sobą i trenują, by unicestwić  najpotężniejszego wampira - Siergieja. Wszyscy obiecali jej, że właśnie tam będzie bezpieczna, ale zdrajcy czają się wszędzie, a Dru tym razem musi zadbać o siebie sama. W pewnym momencie zaczęłam nawet jej współczuć - nieustanne kłamstwa osób zaufanych, niepewność i strach to nie są rzeczy godne pozazdroszczenia, ale powrót autorki do analizowania "Nieszczęść z życia Dru" spowodował, że moje współczucie wyparowało.
Relacja Dru-Graves także uległa znacznej zmianie, dlatego że Graves wreszcie nabiera charakteru! Nie jest już zółtodziobem i w Prawdziwym Świecie radzi sobie o niebo lepiej, niż nieszczęśliwie (i wciąż) zagubiona Dru. Mnie się podoba taki układ, Graves polegający wiecznie na swojej niedouczonej przyjaciółce to zdecydowanie słabsza wersja. Jeśli ktoś liczył na nowych bohaterów to owszem, przybyło ich trochę, jednak zlali się w bezbarwną zbieraninę kłócących się bez powodu wampirów, bądź wilkołaków. Mastera zła wciąż brak, pojawia się jedynie osoba z zaledwie zadatkami na ten tytuł (mówię o Milady Annie), ale jest to moje osobiste przypuszczenie.
"Zdrada" jest trochę lepsza od poprzedniczki, jednak nie jest to progres, za jaki można autorkę pochwalić, dlatego ocena pozostanie taka sama.


Ocena: 3/6 słaba


"Betrayals" - Lili St.Crow; Wydawnictwo Amber 2010, 312 stron; literatura amerykańska, przekład - Ewa Skórska, tom II cyklu Inne Anioły/Strannge Angels.




Ciąg dalszy szalonego życia Dru, którego mam już po dziurki w nosie. Miałam ambicję, by zrobić post o całej serii, jednak spasuję. Styl autorki, jej warsztat - nie ewoluują. Wciąż popełnia te same błędy, książki są coraz bardziej chaotyczne, a jakby tego było mało, postanowiła wprowadzić najprostsze rozwiązanie w tworzeniu "miłosnego dramatu" - trójkącik! Oczywiście najgorszy z możliwych, kiedy dokładnie wiemy, kto powinien zostać wybrankiem. Ale gróźdź do trumny autorka wbiła wtedy, kiedy w wielkiej Radzie Wampirów posadziła cudownych nastolatków, w dodatku opisując ich jak przedszkolak obrazek, wpychając wszystko do "jednego wora" - ten blond włosy (kolor oczu twarz), tamten czarne(kolor oczu, twarz), trzeci brązowe(kolor oczu, twarz), czasem dodając miłe dodatki typu ubranie czy wzrost. 
Żeby była jasność - nie spodziewałam się niczego wyjatkowego, miałam nadzieję, że utrzyma "dopuszczalny do czytalnia" poziom poprzedniej części, ale tak się nie stało. Gdyby był chociaż jeden, jedyny bohater, który utrzymałby mnie przy tej serii, ale tego również brak, nikogo nie znienawidziłam, ani nie polubiłam, pozostałam neutralna do samego końca, co jest najgorszym scenariuszem dla czytelnika. Wiem, że wyżej wspominałam o Annie, ale postanowiła zostać zazdrosną, żałosną namiastką "czarnego charakteru".
Chciałabym także napisać o paru podobieństwach z Harrego Pottera, które mnie dość drażniły - wszyscy boją się imienia Sergieja i jako zamiennik używają na przykład "Ten, o którym się nie mówi". Druga,bardziej rażąca rzecz to "zwierzący aspekt" wampirów, który porównać można tylko do expecto patronum, tylko bez różdzki.
Nie polecam, książki są przegadane i bez wyrzutów sumienia można zajrzeć na ostatnią stronę, by zorientować się we wcześniejszych wydarzeniach. Jedyna ich zaleta to szybkie tempo czytania, chociaż teraz mam wątpliwości, czy to RZECZYWIŚCIE można nazwać zaletą.


Ocena: 2,5/6 poniżej oczekiwań 

"Jealousy" - Lili St.Crow; Wydawnictwo Amber 2011, 304 strony; literatura amerykańska, przekład - Ewa Spirydowicz, tom III cyklu Inne Anioły/Strannge Angels.

piątek, 15 czerwca 2012

Mechaniczny książę/Clockwork Prince - Cassandra Clare


Kontynuacja Mechanicznego Anioła. W magicznym podziemnym świecie wiktoriańskiego Londynu Tessa znalazła bezpieczne schronienie u Nocnych Łowców. Jednakże bezpieczeństwo okazuje się nietrwałe, kiedy grupa podstępnych członków Clave zaczyna spiskować, żeby odsunąć jej protektorkę Charlotte od kierowania Instytutem. Gdyby Charlotte straciła stanowisko, Tessa znalazłaby się na ulicy… jako łatwa zdobycz dla Mistrza, który chce wykorzystać jej moc do własnych celów. Z pomocą przystojnego i autodestrukcyjnego Willa oraz zakochanego w niej Jema Tessa odkrywa, że wojna Mistrza z Nocnymi Łowcami wynika z osobistych pobudek. Mistrz obwinia ich o dawną tragedię, która zniszczyła mu życie. Żeby poznać tajemnice przeszłości, cała trójka odbywa podróże do mglistego Yorkshire, do rezydencji, w której kryją się nieopisane okropieństwa, do londyńskich slumsów i zaczarowanej sali balowej, gdzie Tessa odkrywa, że prawda o jej pochodzeniu jest bardziej złowieszcza, niż przypuszczała. Kiedy troje przyjaciół spotyka mechanicznego demona, który przekazuje Willowi ostrzeżenie, uświadamiają sobie, że Mistrz wie o każdym ich kroku… i że ktoś ich zdradził. Tessa uświadamia sobie, że jej serce bije coraz mocniej dla Jema, choć nadal dręczy ją tęsknota do Willa, mimo jego mrocznych nastrojów. Coś jednak zmienia się w Willu, kruszeje mur, który wokół siebie zbudował. Czy odnalezienie Mistrza uwolni Willa od sekretów i da Tessie odpowiedzi na pytania, kim jest i dlaczego się urodziła? Kiedy poszukiwania Mistrza i prawdy narażają przyjaciół na niebezpieczeństwo, Tessa odkrywa, że połączenie miłości i kłamstw może zdeprawować nawet najczystsze serce.
Nie mogę powiedzieć, że wyczekiwałam dniami i nocami "Mechanicznego księcia", po pierwszej części został oczywiście pewien niesmak - tyle spraw stało pod znakiem zapytania, ale szaleństwa ogólnie nie było. Kontynuacja wpadła mi w ręce przypadkiem i nawet nie zdawałam sobie sprawy, że czeka przede mną kawał tak dobrej literatury.
A więc w czym lepszy jest "Mechaniczny książę" od swojego poprzednika? We wszystkim. Na mnie największe wrażenie zrobiła relacja naszych parabatai - Willa i Jamesa. Wcześniej wcale nie odczułam tej więzi, był to dla mnie zwyczajny dodatek do fabuły, taka mało ważna, melodramatyczna przystawka. Ale teraz wiele rzeczy wreszcie się rozwiąże, a przy tym i bardziej pogmatwa - poznajemy powody, dla których Will wybrał Jem'a na swojego "brata", autorka przybliża nam także odczucia i myśli obu postaci, przez co miałam ochotę krzyknąć "Wreszcie!". Napiszę nawet, że to chyba w tym tkwi nowa jakość i ogólna poprawa "Mechanicznego księcia" - autorka zdecydowała się na parę stanowczych posunięć, a z Willa zdjęła etykietkę "tego tajemniczego" i obnażyła jego wnętrze, wątpliwości i problemy, z którymi będzie musiał się zmagać, na co czekała chyba większość czytelników.
Teraz wypadałoby powiedzieć coś o Tessie, uznawaną za główną bohaterkę, nad czym ubolewam od początku tej serii. Tessa należy do tych bohaterek książkowych (a poznałam takich już wiele), o której wszyscy mówią "piękna", "inteligentna", "zabawna" i "odważna", co mnie jest bardzo trudno zauważyć. Piękna może i jest, ale zabawna czy inteligentna? Chyba mam błędne wyobrażenie na ten temat. Chętnie widziałabym zamianę ról i na głównego bohatera dałabym Willa bądź Jema, a Tessę wyrzuciłabym na najdalszy plan. Szkoda, że to tylko marzenia niestety. Jedyna rzecz, której szczerze Tessie współczuje, to wybór tego jedynego spośród dwóch adoratorów. Trzeba przyznać, że ma dziewczyna problem i rozumiem jej wahanie. Dodam, że z reguły wszelkie trójkąty miłosne niesamowicie mnie denerwują, ale w przypadku tej książki? Wreszcie poznałam prawdziwe znaczenie tego słowa.
W porównaniu z "Mechanicznym księciem" pierwsza część jest nudna jak flaki z olejem. Oczywiście "Dary Anioła" stoją u mnie wciąż na pierwszym miejscu i to się nigdy nie zmieni, ale ta seria jest godnym prequelem i mimo wszystko liczę na happy end. Sądzę, że do książek Cassandry nie trzeba już nikogo zachęcać, ja już jestem na takim etapie, że przyjmę z otwartymi rękoma wszystko spod jej pióra :)

Ocena: 5,5/6 rewelacja

"Clockwork Prince" - Cassandra Clare; Wydawnictwo MAG 2012, 493 strony; literatura amerykańska, przekład - Anna Reszka, tom II cyklu Diabelskie maszyny/The Infernal Devices

* może akurat ktoś zauważył, że nie było mnie dość długi czas, no dobra, bardzo długo. Ale wreszcie uporałam się ze wszystkimi sprawami i recenzje będą pojawiać się częściej :) Nigdy nie zostawiłam Was przecież na serio :D Będę też odwiedzać wasze blogi z pewnością :)

czwartek, 28 lipca 2011

Sekretny język kwiatów/The Language of Flowers - Vanessa Diffenbaugh

Okładka wręcz krzyczała w moją stronę swoim subtelnym pięknem, wszystko w niej mnie zaintrygowało, wliczając fakt, że to debiut literacki autorki. Jak mogłam nie kupić? Kupiłam. Liczyłam na cudowną historię, wyjątkową, niepowtarzalną i po części to otrzymałam, ale od początku.
Victoria Jones właśnie skończyła 18 lat, nie ma pieniędzy, domu, ani pracy, a jej młodość to tylko nieustanne zmiany rodzin i domów zastępczych. Nienawidzi dotyku innych ludzi i odtrąca ich w strachu przed uczuciami, których nie zna i nie chce poznać. Otwiera się jedynie przy kwiatach, to one potrafią odwzorować jej emocje lepiej niż cokolwiek innego, to jest jej język, sekretny język kwiatów, dzięki nim czytelnik pozna dokładnie historię dziewczyny. A kwiaty Victorii nie wyrażają miłości, jak to było w czasach wiktoriańskich, ale głównie złość, zwątpienie i opuszczenie.
Pomysł na fabułę jest sam w sobie niezwykle oryginalny i nietuzinkowy, ponieważ Victoria posiada rzadki dar do tworzenia pięknych kompozycji kwiatowych, pięknych i w dodatku zmieniających ludzie losy. Widząc niektóre bukiety ślubne od razu potrafiła wszystko przekalkulować żółte róże - zdrada, słoneczniki - fałszywe bogactwo. Ale cała książka przecież nie jest tylko o kwiatach i wiązankach, również co jakiś czas bohaterka uchyla rąbek tajemnicy ze swojej przyszłości i nie, nie wspomina ona każdej rodziny zastępczej, w której zdarzyło jej się mieszkać, tylko jedną, bardzo wyjątkową osobę. Czy ta osoba krzywdziła ją? Tak, nawzajem się krzywdziły, raniły i kochały równocześnie.

"Widziałam, że o tym myśli, próbuje załatać przepaść między ostatecznością moich słów i swoją wizją naszej przyszłości, wypełnić ją kombinacją nadziei i kłamstw. Uświadomiwszy to sobie, poczułam z kolei kombinację litości i zakłopotania."

Autorka w tym czasie snuje aurę pełną oczekiwania i wątpliwości, którą czytelnik oczywiście wyczuwa, ale wciąż ma jednak nadzieję na szczęśliwy koniec. Oczekujemy, aż Victoria zacznie wysyłać wiadomości z białymi różami, gipsówką czy bratkami, a nie lawendą czy suszoną bazylią.

"Ludzie się zmieniają-powiedziała Elizabeth.- ale miłość się nie zmienia."


Książka jest o miłości nie tylko do kwiatów, ale także miłości siostrzanej, między matką a córką, i ostatecznie między mężczyzną a kobietą i naprawdę mało w niej radości. Tutaj radość ukazana jest jako coś ulotnego, przemijającego i jeżeli z własnej winy i upartości odrzucimy ten dar losu, już nigdy do nas nie wróci.


"Będę ją kochać, nawet jeśli ona będzie musiała mnie tego nauczyć."

Główna bohaterka czuje się dobrze tylko wśród kwiatów, w innych przypadkach jest kobietą pełną żalu i nieufności do samej siebie i innych, autodestrukcyjną wręcz, dla której najlepszym wyjściem jest ucieczka, ja wszystko rozumiem, ale do pewnego stopnia. W tej sprawie można mieć tylko pretensje do autorki, która jakby nie wiedziała, co począć, kiedy Victoria dostawała szanse na zbudowanie lepszego życia, miotała się i cofała prawie całą książkę i to dlatego ocena nie jest bardzo dobra, a połowę książki przemęczyłam właściwie. Po prostu za długo to wszystko trwało.

"Z czasem moja toksyczność zniszczy jej perfekcję. Wypłynie z mojego ciała, a ona połknie ją z zachłannością i naiwnością."

Język kwiatów ukazany w takiej historii jest naprawdę smakowitym kąskiem, który rzadkością jest spotkać w innych książkach. Rozkwitające uczucia, miłość,tęsknota, kwiatowe wiadomości zmieniające przeznaczenie i dużo, dużo więcej jest tutaj zawarte, a wszystko czeka na Was, mimo wszystkich wad warto sięgnąć po zmuszającą do refleksji pozycję, gdzie zarówno przyszłość, teraźniejszość i przeszłość łączą się we wspaniałej kompozycji.

"Może nawet niechciana i niekochana, mogłam dawać miłość jak inni"

4.5/6 dobra

 "The Language of Flowers" - Vanessa Diffenbaugh; Wydawnictwo Świat Książki 2011, 400 stron; literatura amerykańska, przekład - Małgorzata Miłosz

*teraz drobne informacje dla zainteresowanych - za niedługo wyjeżdżam na dwa tygodnie,więc mogę będę rzadziej na Waszych blogach :)

poniedziałek, 25 lipca 2011

Całując grzech/Kissing Sin - Keri Arthur

Całując grzech to już drugi tom cyklu Zew nocy, który liczy sobie aż 9 tomów i jak pierwsza część wywarła na mnie dość... średnie wrażenie, tak druga (czego nigdy bym się nie spodziewała) nadrobiła zaległości.
Pół wilkołak, pół wampir Riley Jenson budzi się naga i zakrwawiona w laboratorium, a co gorsze - nie pamięta nic z ostatniego tygodnia, dlaczego się tu znalazła, ani kto jej to wszystko zrobił. Wraz z pewnym zmiennokształtnym o imieniu Kade udaje im się uciec z ośrodka badań, które, jak się okazuje, zajmuje się krzyżowaniem gatunków i tworzeniem nowych, ulepszonych takimi umiejętnościami jak szybkość, siła, czy niewidzialność.A to dopiero początek intrygi czekającej na Riley i Departament, są osoby, które mogą udzielić informacji, ale nie za darmo, sprawa staje się coraz bardziej niebezpieczna i trzeba będzie dostać się do wpływowych, zamkniętych kręgów przestępczych.
Tom pierwszy w porównaniu z drugim wypada naprawdę słabo, tutaj wszystko jest ulepszone, nabiera nowej jakości, zaczynając od portretów psychologicznych postaci kończąc na dopieszczeniu wielu szczegółów i całej fabuły. Zaimponowała mi autorka, to trzeba przyznać, miałam ogromne wątpliwości, ale rozwiały się one już wraz z pierwszymi stronami - mój sceptycyzm i nieufność szybko zamieniły się w niezaspokojoną, denerwującą czasami ciekawość.
Pisząc, że fabuła opiera się głównie na śledztwie wokół nielegalnych badań genetycznych jest dużym błędem z mojej strony, bo życie miłosne naszej Riley obfituje przecież w różniste perypetie. Po pierwsze nasza bohaterka dowiaduje się, że prawdopodobnie będzie mogła zajść w ciążę, co byłoby dla niej wspaniałą wiadomością gdyby nie Misha. Otóż jej były kochanek próbuje wykorzystać całą sytuację, martwi się tym, że za niedługo może umrzeć, a chce pozostawić po sobie jakąś cząstkę. Czy za jego postępowaniem kryje się jakieś głębsze uczucie? Riley nie chce mu ufać, ale Misha może być kluczem do rozwiązania zagadki i uratowaniem wielu gatunków przed śmiercią. Po drugie związek Riley z Quinnem ma za wiele wad, by dalej go kontynuować - dzięki zmiennokształtnemu wilkołaczyca zaczęła jeszcze bardziej pragnąć takich uczuć jak troska, opiekuńczość i czułość, czego Quinn ze swoimi uprzedzeniami nie będzie w stanie jej dać. Do tego wszystkiego wtrąca się jeszcze Departament, gdzie namawiają Riley na zostanie strażniczką.

Jak widać, te 429 stron to piekielnie ciekawa historia, ba, właściwie część historii, bo ja mam wrażenie, że wszystko dopiero przed nami. Jeżeli reszta książek z tego cyklu będzie trzymała taki poziom, to ilość tomów rzeczywiście cieszy. Autorka staje się coraz lepsza, nie można tu liczyć na wieczną miłość i równie wieczne wyznania, bo nasza bohaterka jest wilkołakiem pełnym nieposkromionych żądz i wciąż szuka swojego życiowego partnera, co wilkołakom zajmuje nawet całe życie. 
Czy Riley zgodzi się na szkolenie? Czy da Quinnowi drugą szansę, a może jednak postanowi spróbować z Kellenem, władczym alfą? Jedno jest pewne - trzeba jak najszybciej unicestwić człowieka, który stoi za nielegalnym klonowaniem i badaniami, bo Riley jako pół wampir, pół wilkołak jest dla niego cenną zdobyczą.  
Na koniec chciałabym znowu pochwalić okładkę, dla porównania dodałam również oryginalną i wystarczy na nią popatrzeć, żeby docenić wydawnictwo.

5.5/6 rewelacja

 "Kissing Sin" - Keri Arthur; Instytut Wydawniczy Erica 2011, 429 stron; literatura australijska, przekład - Kinga Składanowska, drugi tom cyklu Zew nocy/Riley Jenson Guardian 2

Za książkę dziękuję Instytutowi Wydawniczemu Erica
*dziękuję wszystkim za nominacje do Lovely Blog Award ale niestety nie wzięłam udziału (jak widać) niedawno była podobna zabawa i cel tej trochę mijał się z celem według mnie :) No ale dziękuję dziewczyny za nominacje! To naprawdę było miłe i mam nadzieję, że zrozumiecie.

środa, 6 lipca 2011

Szamanka od umarlaków - Martyna Raduchowska

Przyznać trzeba, że książki polskich autorów to ja czytam rzadko, bardzo nawet. Ale czas to zmienić, do czego Martyna Raduchowska całkowicie mnie przekonała, otóż dziewczyna wie, jak dogodzić polskiemu czytelnikowi i sądzę, że chyba nie tylko.
Ida pragnie normalnego zycia, domaga sie tego i stanowczo buntuje się przeciw namowom rodziców, którzy zakładają na nią magiczne pułapki, w nadziei, że tkwi w niej chociaż cząstka czarownicy. Tkwi, a jakże! Tylko nie w takim sensie, w jakim chcieliby jej rodzice. Pewnego dnia będąc w szpitalu po nieudanych próbach znalezienia magicznych zdolności Ida zauważa ducha, nie, nie całkiem, nie jest on przezroczysty i w całości, jak reszta, tylko zakrwawiony i bez oka. Czy to spotkanie zniweczy plany Idy na spokojny żywot studentki? Studentki na całkiem zwykłym kierunku, jakim jest psychologia? Prawda okaże się bardziej zawrotna, niż się wszystkim zdaje, Pech już o to zadba i z pewnością coś zamiesza w i tak już problematycznym życiu towarzyszki! Nawet on zamilknie w obliczu konsekwencji, które wynikną później z jego złowieszczego planu. Bo jak się okaże, dziewczyna będzie musiała trochę pomóc nie do końca zmarłemu Jednookiemu, który napatoczył się na nią w szpitalu. A wierzcie mi, daleka droga do tego, zanim Ida się o tym dowie, nawet, jeśli będzie coś przeczuwać.
Książka zaczyna się bardzo przyjemnie, kiedy to główna bohaterka musi wybić swoim rodzicom z głowy wizje córki jako znanej w magicznym świecie czarownicy i co ważniejsze - jak najdalej uciec od wszystkiego, co nadprzyrodzone. W pewnym sensie jej się  udaje, ale jak to w życiu zwykle bywa, nie wszystko jest idealne, a Ida jest notorycznie wręcz atakowana przez duchy (i nie tylko). Do tego przyczepiła się do niej harpia Joanna, która na zmianę skrzeczy i płonie w ogniach piekielnych, aż trzeba było kupić zasłony do okien!
Muszę powiedzieć, że to chyba pierwsza książka w takich klimatach, jaką zdarzyło mi się czytać - umarli, zaświaty, druga strona lustra, rytuały, łapanie snów i wiele, wiele innych. Autorka poradziła sobie w tej gamie pomysłów świetnie, wszystko współgra ze sobą, jest połączone w solidną, przemyślaną całość. Najbardziej zaiponował mi sposób, w jaki manipulowała schematami, ubarwiała je według swojego uznania ze smakiem - wspaniale, po prostu to było cudowne! Do tej pory jestem pod wrażeniem, że poradziła sobie ze swoim pomysłem i należycie go rozbudowała, co jakiś czas dodając czegoś nowego i oryginalnego. Brawa!
Tytuł może wydać się odrobinę złowrogi, lecz okładka autentycznie przyciąga, odzwierciedla ciekawe i błyskotliwe wnętrze opowieści, ogółem - jest na czym oko zawiesić. Książka Martyny Raduchowskiej była dla mnie prawdziwą przygodą, od samego początku, jak tylko Ida dostała list od podejrzanie długo żyjącej ciotki Tekli, naprawdę trudno mi opisać wrażenia, które czekały na mnie w czasie lektury, to było niesamowite! Pani Raduchowska trzymała się konsekwentnie swojego stylu pisania, co tylko świadczy o jej umiejętnościach.
Miałam dać ocenę troszkę niższą, ale nie zrobiłam tego, ponieważ nie mogę przestać myśleć o tej książce! No i trzeba przyznać, że końcówka trochę mnie zawiodła, myślałam że Ida będzie bardziej domyślna po tylu mrożących krew w żyłach sytuacjach, poza tym autorka pozwoliła, by Pech Idy stał się wręcz pracoholikiem, co w połączeniu z otaczającymi ją duchami, przeróżnymi światami i diabłami prosto z ogni piekielnych mogło pozbawić tchu. Ale ta mała przywara nie zatrze dobrego, bardzo dobrego wrażenia i ocena wciąż rewelacyjna, więc to coś znaczy, drogi czytelniku!
Daj się porwać tej niesamowitej historii, podróżuj z Idą, Gryzakiem i jej Pechem między światami, wrażenia gwarantowane. Jak medium niezadowolone ze swojego zawodu i z awersją do duchów ma czerpać przyjemność z życia? A co ważniejsze, czy poradzi sobie jako szamanka od umarlaków, skoro przez 19 lat była uznawana za czarną owcę znanej rodziny Brzezińskich? I czy ma prawo traktować magię jako nieprzyjemne wspomnienie z dzieciństwa? Bardzo wątpliwe, skoro zwykłe zlecenie dla Idy przekształca się w piekło (dosłownie!) Musicie sami się przekonać, a ja szczerze zachęcam, bo naprawdę nie sposób opisać tego, co działo się w tej książce, realizacja pomysłu, sugestywne opisy i ogólnie cała historia nie zawiodą was z pewnością. Błagam o kolejną część! Naprawdę nie mogę przestać myśleć o tej książce, to była jedna z najlepszych, jakie zdarzyło mi się czytać ostatnimi czasy.
Ocena: 6/6 majstersztyk

"Szamanka od umarlaków" - Martyna Raduchowska; Wydawnictwo Fabryka Słów 2011, 402 strony; literatura polska.

poniedziałek, 4 lipca 2011

Zwiadowcy. Ruiny Gorlanu/Rangers Apprentice. The Ruins of Gorlan - John Flanagan

Tak, dobrze podejrzewacie, jednak są jeszcze tacy jak ja, którzy dopiero co zaczęli serię Zwiadowców, albo w ogóle nawet po nią nie sięgnęli! Z jednej strony to dobrze, najlepsze przede mną, a z drugiej strony dość wstydliwe, że można było aż tyle zwlekać.
Baron Arald, pan na zamku Redmont piętnaście lat temu przyjął pod swoje skrzydła czwórkę sierot  - Willa, Horace'go,Alyss i Jennę. My poznajemy ich w kluczowym momencie ich życia, czyli Dniu Wyboru, kiedy to muszą wybrać swoją wymarzoną profesję. Wszyscy są pewni swego, tylko nie Will, którego najprawdopodobniej czeka praca w polu zamiast kształcenie się pod okiem mistrza. Chłopak pragnie zostać rycerzem, co miałoby być swego rodzaju hołdem do ojca - zmarłego w bitwie z Morgarathem i jego bandą wargali. Ale jak się okazuje, los miał co do niego inne plany, ponieważ zostaje uczniem Halta, zwiadowcy, na którego każdy podejrzliwie spogląda. Co się dziwić? Zawód zwiadowcy jest wręcz czymś legendarnym, podejrzanym i naprawdę mało kto o nich wie, słyszy się, że potrafią nawet stawać się niewidzialni.
Świat przedstawiony jest mało skomplikowany, a jednak barwny, gdzie każdy z nas czułby się jak w domu. Właściwie to cała książka jest taka - niewymagająca i ciekawa zarazem, a czy to nie jest najlepsza kompozycja? Autor dał swojemu czytelnikowy wszystko, co mógł, czyli swoją wyobraźnię i cudownie zadbaną historię, to się ceni panie Flanagan!
Bohaterowie mają wyraźnie zarysowane osobowości, są przesympatyczni, przez co łatwo się do nich przywiązać. Posunięciem na medal było to, że akcja nie skupia się wyłącznie na Willu, ale także na Horace'u, który w Szkole Rycerskiej nie ma lekko. Ciężkie treningi go wykańczają, tak samo jak parę starszych uczniów, którzy wybrali sobie go za cel w prześladowaniu -  pobyt Horacego w szkole jest poważnie zagrożony.
"Ruiny Gorlanu" to świetnie napisana opowieść o przyjaźni, poświęceniu, sile wewnętrznej bohaterów i trudzie w podejmowaniu własnych decyzji. Może się wam wydawać, że to po prostu poprawna, byle jaka książka, historia w schemacie 'od zera do bohatera' ale autor zadbał o to, by książka niosła przesłanie i nadał jej należytej głębi. Aż nie mogę doczekać się, co będzie dalej, skoro przede mną jeszcze 9 tomów, a pierwsza część, która jest zaledwie początkiem już mnie zachwyciła.  John Flanagan zawsze marzył o napisaniu książki i to własnie seria o Zwiadowcach przyniosła mu  popularność, a jest to sława jak najbardziej zasłużona.
Polecam, książka w profesjonalny sposób dostarcza nam rozrywki, a to przecież dopiero pierwsza część, tylko zalążek tego, co czeka nas dalej. Więc jeżeli są jeszcze jakieś niedowiarki, niezdecydowane, czy jednak przeczytać, to ja zdecydowanie zachęcam! Nie ma na co czekać! Will rozpoczynając szkolenie na zwiadowcę daje początek bardzo wciągającym wydarzeniom, które czekają na waszą uwagę.


Ocena: 5/6 bardzo dobra

"The Ruins of Gorlan" - John Flanagan; Wydawnictwo Jaguar 2009, 350 stron; literatura australijska, przekład - Stanisław Kroszczyński, pierwszy tom serii Zwiadowcy/Rangers Apprentice

czwartek, 30 czerwca 2011

Z ciemnością jej do twarzy/Darkness Becomes Her - Kelly Keaton

Ta książka to prawdziwy hit, trudno znaleźć ocenę niższą niż 5, a już w ogóle rzadkością jest zła recenzja o niej, raz po raz pojawiała się ta okładka na blogach, a co ważniejsze - wszyscy zachwalali, więc czemu akurat ja muszę mieć jakiś problem? Wierzcie mi, nie jest to żadna przekorność z mojej strony, czy szukanie wad na siłe, dlatego że dokładnie wiem, czemu postanowiłam ocenić ją jako średnią a nie bardzo dobrą.
Zostajemy przeniesieni kilka lat w przeszłość, gdzie Nowy Orlean, zniszczony przez potężne huragany, zwie się teraz Nowym 2. Otoczone woalem tajemnicy i podejrzeń miasto zostało wykupione przez 9 najbogatszych rodów, czyli Novem, wzbudzając jeszcze większe sensacje.
Główna bohaterka, Ari Selkirk, wyróżnia się swoimi srebrnymi włosami, których nie można obciąć ani przefarbować i niewiarygodnie zielonymi oczami. Najczęściej określa siebie w myślach jako (cytuję) 'popieprzoną' lub 'idiotkę', co po jakimś czasie aż raziło w oczy. No ale wróćmy na chwilę do przeszłości Ari, dlatego że jest o czym pisać. Dziewczyna została porzucona jako małe dziecko przez swoją matkę, która w wieku 21 lat popełniła samobójstwo. Żadnej rodziny, zaledwie kilka szczegółów, które Ari nie pomagają w rozwiązaniu zagadki, ale mimo wszystko ma zamiar dotrzeć do prawdy, dowiedzieć się, dlaczego matka popadła w szaleństwo i kto jest jej biologicznym ojcem - nawet nie wiecie, ile problemów się wywiąże z jej śledztwa, tym bardziej że Aristanae (pełne imie bohaterki) musi wyruszyć do Nowego 2, by dowiedzieć się czegokolwiek więcej. Tak więc Ari, 'popieprzona', dziwna siedemnastolatka trafia do centrum miasta, gdzie spotka podobnych sobie, a może nawet  dziwniejszych osobników.
W tej książce znajdziecie wszystko - dodatki romansu, fantasy, akcji, trochę horroru, literatury katastroficznej i przygodowej, mitologię nawet troszeczkę science fiction. Tak więc mamy boginię prosto z mitów, potomkinię meduzy, a jakby tego było mało, autorka dodała magików, wampiry, nawet voodoo się pojawiło w jednej chwili, a ja od razu spytam się - SAME NAWIĄZANIE DO MITÓW NIE WYSTARCZY?? Autorka na siłę stara się wyróżnić i udziwnić Nowy 2, główną bohaterkę oraz resztę postaci, które ją otaczają, z czego wyszło jedno wielkie, ładnie mówiąc, nic. Kelly Keaton osadziła akcję w przyszłości, więc sama obecność mitologicznych bohaterów i nazw w zrujnowanym Nowym Orleanie wystarczyłaby według mnie całkowicie.
Autorka czerpie z przeróżnych źrodeł, czekałam tylko na to, aż wyłoni się jakieś królestwo wróżek albo wilkołaki, co gorsza, my nie wiemy, na co będzie ją stać w kolejnych częściach. Do tego przepychu postaci z różnych gatunków literackich dochodzi jeszcze zawrotny pęd akcji, co było tragicznym zabiegiem -  zdałam sobie sprawę, jak ogromny, bezsensowny chaos panuje w tej opowieści. Ciągle coś się dzieje, problemy i złe wieści nachodzą Ari nieustannie, więc naprawdę trudno wtedy się skupić na relacjach bohaterów, na ich portretach psychologicznych, nie mówiąc już o jakiejś większej głębi przygód w książce, czego oczywiście autorka nie zrobiła.
No właśnie! Nie powiedziałam nic o bohaterach prócz tego, że mają oni naprawdę różne umiejętności i pochodzenie, ale właściwie... nie mogę o nich powiedzieć nic więcej. Nie przywiązałam się do nikogo i pozostałam neutralna do bólu. Wiem, że Ari nadużywa słowa 'idiotka' i 'popieprzona', Sebastian, rzecz jasna, kryje swoje uczucia pod maską obojętności i jak każdy mieszkaniec Nowego 2 ma niejasną przeszłość, Violet została ofiarą autorki, która postanowiła wszystko udziwnić, a o reszcie bohaterów trudno powiedzieć mi coś sensownego, szczerze mówiąc nawet nie pamiętam już ich imion.
Ksiązka ma swoje plusy, właściwie to jest jeden plus - nawiązanie do mitów, to podobało mi się najbardziej i byłoby jeszcze bardziej ciekawe, gdyby autorka skupiła się przede wszystkim na tym.
Nie odradzam, ale też nie polecam, w końcu pojawiło się wiele pozytywnych recenzji, ale dla mnie po prostu taka mieszanka, jaką zaserwowała Kelly Keaton jest nie do przełknięcia. Początek zwiastował to, że spędzę z książką parę miłych dni, a im dalej, tym było gorzej.


Ocena: 2,5/6 poniżej oczekiwań

"Darkness Becomess Her" - Kelly Keaton; Wydawnictwo Znak emotikon 2011, 364 strony; literatura amerykańska, przekład - Anna Gralak, pierwszy tom serii Bogowie i potwory

czwartek, 23 czerwca 2011

Yossa i parę nieszkodliwych faktów o niej

Zostałam zaproszona przez Lenalee do zabawy, za co bardzo dziękuję :) Zabawa zaczęła się dość dawno temu i jestem chyba jedną z ostatnich osób, które piszą o sobie, więc jeżeli ktoś chce dowiedzieć się czegokolwiek więcej, to właśnie ma możliwość :P Ale pamiętajcie, że w paru punktach nie opiszę całej siebie, nie wiem co was zainteresuje, ale lubię pisać o sobie :)

 
1. Na rozgrzewkę zacznę od podstawowych i mało interesujących faktów. Nazywam się Natalia i chodzę do liceum o profilu humanistycznym. Mam 170 cm wzrostu, a moje zdjęcie jest w zakładkach, ale dziwnie rozmazane, bardziej podobna do siebie jestem na zdjęciu profilowym na Facebooku, którego też dodałam w zakładkach. Najlepiej w szkole radzę sobie z językami obcymi, a z resztą przedmiotów... różnie, raz lepiej, raz gorzej, ale od zawsze źle szło mi z przedmiotami ścisłymi, zwłaszcza matematyką, myślałam, że idąc do liceum do klasy humanistycznej moje katusze chociaż trochę złagodnieją, ale przecież jest obowiązkowa matura z matematyki, przez co muszę się męczyć podwójnie. A wierzcie mi, w moim przypadku uczenie się matematyki to istna mordęga, zanim zabiorę się za jakieś zadanie domowe z matmy umrę ze 100 razy, a potem kolejne 100 próbując odrobić to.


2. Jestem potwornie leniwa, najchętniej zajmowałabym się tylko przyjemnościami i nic-nie-robieniem. A co może wydać się dziwne, mimo że lubię czytać książki, przeczytałam dość mało lektur szkolnych. Narzucone książki jakoś mi nie podchodzą + plus moje lenistwo = wiadomo.
Florence Welch
3. Najbardziej boję się samotności. Nienawidzę samotności, chyba że akurat jej potrzebuję. Jestem rozgadaną osobą (przeżywam katusze, gdy nie mogę wyrazić swojego zdania) i uwielbiam się śmiać, z byle czego, w dodatku jestem dość żywa, moje emocje ukazuję gestami, mimką twarzy i ogólnie całą sobą tak, żeby wszyscy wokół wyczuli mój smutek, radość czy gniew. Ale ostrzegam - łatwiej mnie rozgniewać niż zasmucić, ogólnie jestem dość nerwowa, ale staram unikać się pełnej rozpaczy, typu płakania w poduszkę, po prostu zagłuszam wtedy smutek muzyką, idę przytulić się do bliskiej osoby, poprzeklinać (tego czasem nadużywam, ale to mi pomaga) a w skrajnych przypadkach rzucić czymś nieszkodliwym, pokrzyczeć i tak dalej :P Ale chyba najbardziej pomaga właśnie świadomość, że ktoś mnie wspiera, że komuś na mnie zależy i chce mnie pocieszyć, to jest dla mnie niezastąpiony balsam.

4. Wychodząc gdzieś, staram się brać jak najmniej, potem tylko martwię się i cały czas sprawdzam, czy przypadkiem czegoś nie zgubiłam. Nawet jeżeli mam ze sobą torbę, to i tak co jakiś czas zaglądam do niej w strachu. Dlatego, jeżeli ktoś karze mi potrzymać jego portfel, klucze, to raczej odmawiam. Nie muszę dodawać, że często gubię swoje rzeczy :P? Klucze do domu zgubułam milion razy, a co ciekawsze, za każdym razem je odzyskiwałam, raz nawet przyniósł mi je sąsiad, więc jeżeli pewnego dnia naprawdę zginą, to będę to przeżywać, przywiązałam się do nich. Najbardziej bałam się wtedy, gdy zgubiłam portfel, ale całe szczęście też się znalazł! A jak zgubułam kiedyś zegarek to nawet nie zauważyłam, zorientowałam się dopiero wtedy, gdy kolega mi go przyniósł. Ostatnio zgubiłam coś... przedwczoraj, klucze mojej mamy od samochodu, całe szczęście, że znalazły się w Empiku :d


5. Najlepsze miejsca dla mnie na świecie - Tatry, Pizza Hut, McDonald i kino. W góry jeżdzę od 1 roku życia, byłam malutka w czasie tej wielkiej powodzi w 97, w tym roku też jadę i szykuję się na podboje, może nawet Orlej Perci? : D Pizza Hut to dla mnie najlepsza pizza, uwielbiam także ich chelbek czosnkowy. W McDonaldzie zamawiam od zawsze obowiązkowo Nuggetsy, frytki i sos słodko kwaśny. A w kinie, gdy nie mogę kupić popcornu, czuję się nieswojo.W dodatku uwielbiam w ogóle jeść, na razie nie widać tego aż tak po mojej figurze, ale powiedziałam sobie, że nigdy nie przekroczę 60 kg! :D



6.Jestem bardziej czuła na krzywdę zwierząt, niż ludzi i nie wszyscy akceptują takie stwierdzenie. Uwielbiam zwierzęta, od zawsze mam przynajmniej jedno zwierzątko w domu, mój rekord - chomik, królik i pies, wiem, że niektórzy mają więcej, ale ja nie mogę mieć więcej, bo strasznie rozpieszczam zwierzaki. Aktualnie mam Yorka, o imieniu Aygo, który jest rozpieszczany do granic, ludzie bardzo często dziwią się, że pies może być do tego stopnia rozpieszczony i że ma lepiej niż większość ludzi na świecie, ale nie przeszkadza mi to wcale. Gdy widzę w telewizji jakąś relacje ze schronisk, to od razu przełączam, jak oglądam takie rzeczy, to łzy lecą same

 
7. Jestem agnostyczką, co nie jest znów takie dalekie od ateizmu, do kościoła chodzę raz w roku z koszyczkiem, bo to dla mnie całkiem niezła frajda, komunię mam, bierzmowanie przyjęłam na wszelki wypadek, gdybym miała zostać chrzestnym i tyle, nie modlę się, nie chodzę do kościoła, w moim domu nie ma nacisku na wiarę.

8. Trudno to mówić, ale czasem krzywdzę bliskich ludzi, obcych też, bo czasem mam po prostu taką potrzebę, albo gdy chcą mi pomóc, spytać się o coś, to z nerwami potrafię to odrzucić, ale sama nie potrafię określić, czy jestem wredna, jak kogoś nie lubię to na pewno nie udaję, że jest inaczej, udawanie mnie męczy i drażni chyba najbardziej na świecie. Dodam, że naprawdę trzeba się postarać, żebym kogoś nie lubiła i mimo, że jest całkiem sporo takich osób, nie umiem ich nienawidzić całą sobą, nawet się nie staram. Gdy ktoś mnie naprawdę wkurzy, okłamie, czy cokolwiek w tym guście to nie potrafię utrzymać języka za zębami i nie przebieram w środkach. Gdy raz poważnie zawiedzie się moje zaufanie, to wtedy staję się przesadzie podejrzliwa, czego nie wytrzymuję zbyt długo, więc potem z reguły po prostu ignoruję tą osobę i kontakt się zrywa.

9. Nie oglądam telewizji, nie interesują mnie żadne wiadomości, plotki, jak schudnąć w 10 dni, jak zdrowo odżywiać się tego lata czy jak ubierać się, by czuć się wygodnie. Oglądanie telewizji ogranicza się w moim przypadku do Kawy czy Herbaty przed szkołą, czy jakiegoś filmu przed snem. Seriale oglądam tylko na komputerze a są to - Misfits, Skins US (nie, nie UK :P), Glee, Vampire Diaries, a ostatnio wciągnęły mnie Pretty Little Liars.

10. Muzyka jest ze mną wszędzie i zawsze, dodaje mi sił. Ulubione zespoły/wykonawcy to zdecydowanie - The Cranberries, The Naked and Famous, Placebo, The Drums, ATB, Phantogram, Florence + The Machine i wiele innych. Słucham wszystkiego prócz popu, czy naprawdę ostrego metalu. Prócz tego uwielbiam fotografię,  bawić się cieniami i wyszukiwać detali, które mało kto widzi. Kolejna rzecz to nurkowanie, chociaż dawno nie miałam okazji tego robić. Widząc podwodny świat czuję się, jakbym widziała zupełnie inny świat, pełen barw i refelksów

11. Jestem podatna na stres i nie umiem pokonywać większych przeszkód sama, przeważnie muszę się wtedy poradzić kogoś, dokładnie wszystko przeanalizować, ale czy jestem człowiekiem słabym? Trudno mi na to pytanie odpowiedzieć, czasem potrafię samą siebie zaskoczyć. Gdy się stresuję to zawsze się wtedy obżeram, albo chodzę w kółko, byle nie stać w miejscu. Podobnie jest gdy mam trochę melancholiny nastrój, wtedy pomaga mi też śpiewanie, czy tańczenie, mimo że nigdy nie chodziłam na lekcje śpiewania, a na taniec przez niecały miesiąc.

12. Nie lubię się malować, jak gdzieś wychodzę to używam zawsze tylko eyelinera, czasem czarnej kredki, bardzo rzadko tuszu do rzęs, nie mówiąc już o jakiś podkładach, nie potrzebuję tego, bo nie dodaje mi to specjalnie odwagi czy pewności siebie, jak to piszą w gazetach, a zawsze się tylko rozmarze. Mam krótkie włosy, niektórzy biorą to za odwagę, czasem nawet myśleli, że jestem lesbijką przez to, a mnie jest tak po prostu wygodniej (lenistwo) poza tym wolę siebie bardziej w krótkich włosach, czuję się po prostu ładniejsza. W długich włosach nie podobałam się sobie zbytnio i nie miałam cierpliwości do prostowania, używania pianek czy innych cudów, a przyszedł deszcz czy wilgoć i całą moją pracę szlag trafiał. Fryzjerka mówi, że ja mam włosy stworzone do takiej fryzury, jaką mam teraz, więc nie sądzę, że wrócę kiedykolwiek do długich.


13. Nie lubię horrorów, mogę je obejrzeć tylko z kimś, nigdy sama.

14. Zbieram bilety z kina. Zawsze w kinach są też takie ulotki, mini plakaty z filmów, je też zbieram :) Kiedyś zbierałam pocztówki, ale już mi przeszło. Mam także zeszyt z ulubionymi cytatami, fragmentami, uwielbiam w nim pisać, rysować i ozdabiać go.

To tyle, najważniejszych rzeczy nie mogę wam powiedzieć, każdy ma swoją 'tajemniczą' stronę :D I tak już za dużo się rozpisałam, nie wiem czy jutro się nie rozmyślę i nie usunę parę rzeczy, gratuluję temu, kto dojdzie do końca! :) Do zabawy chciałabym wytypować dwie osoby - Deline, oraz Sarę, mam nadzieję, że postanowią jednak napisać coś o sobie :D

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Dziwna i piękna opowieść o Percy Parker/The Strangely Beautiful Tale of Miss Percy Parker - Leanna Renee Hieber

Jak często chcieliśmy każde nasze nieszczęście usprawiedliwić słowami "tak musiało być" czy "widocznie tak miało się stać" ? Po prostu zgonić wszystko na przeznaczenie? Tak jest łatwiej, niż przyznać się do błędu. "Dziwna i piękna opowieść o Percy Parker" jest właśnie taką opowieścią - o przeznaczeniu, magii, zrządzeniu losu i byłam bardzo ciekawa, jak autorka poradzi sobie z tak fascynującą mieszanką.
Percy Parker jest niebieskooką albinoską, która włada wieloma językami, w tym także językiem duchów.  Od zawsze czuła się inna i rozpoczynając naukę w Akademii Ateńskiej nie liczy na zmiany. Możliwe jednak, że w murach akademii czeka na nią nowe życie, ponieważ jej profesor - Alexi Rychman, może pomóc jej w znalezieniu odpowiedzi, wytłumaczyć dlaczego dręczą ją tak realne, mroczne wizje. Jednak nie wszystko będzie proste, Alexi ma wiele zobowiązań, a także pewną misję, od której może zależeć przyszłość.
Ostatnio zdarza mi się czytać naprawdę dobre książki, powoli aż wstyd obsypywać każdą komplementami, ale opowieść o Percy zdecydowanie na to zasługuje. Każda strona przesycona jest subtelną, romantyczną magią, która wręcz odbija swe piętno na czytelniku i mimo, że jesteśmy w stanie przewidzieć dalszy rozwój wydarzeń i tak łapczywie połykamy kolejne słowa. Duchy pośród murów akademii, namiętności i gorące marzenia w miejscu surowo przestrzegającym moralności, do tego piękna kontynuacja pewnego (będę tajemnicza) mitu i wiele wiele innych, idealnie ze sobą połączonych elementów. To była niesamowita przygoda mogąc kolekcjonować wskazówki i powoli wszystko układać sobie w głowie.
Wielkim, chyba największym plusem powieści jest język - jest wręcz idealny, nie uświadczy się tutaj nieścisłości czy współczesnych dodatków. Czytelnik może odczuć, że autorka wie o czym pisze i bardzo wczuła się w klimat epoki.
Atrakcyjności książce dodaje fakt, że główni bohaterowie to osoby przede wszystkim dojrzałe, z przeszłością i własnymi, skrytymi pragnieniami - jest to wyjątkowo dobrze zarysowane w tej powieści. Mimo że nie przywiązałam sie do nich, co jest chyba jedyną przywarą, na pewno nie były to postacie nudne czy bez własnego zdania i każdy z nich wyróźnia się jakąś oryginalną cechą. Moją szczególną uwagę przyciągnął właśnie Alexi Rychman, brawa dla autorki za kunszt w kreowaniu go, bo zdecydowanie jest to najlepsza i najbardziej barwna postać pośród reszty.
Sądzę, że fani wiktoriańskiej Anglii będą zadowoleni, a nawet więcej, będą zachwyceni. Ja sama nie jestem specjalną fanką tych czasów, wydawało mi się, że w większości przypadków są one wykorzystywane jako mało rozbudowane tło dla beznadziejnych romansów. Teraz muszę przyznać, że  "Piękna i dziwna opowieść o Percy Parker" jest zdecydowanie jedną z lepszych przedstawicieli swojego gatunku.

Ocena: 5/6 bardzo dobra

"The Strangely Beautiful Tale of Miss Percy Parker" - Leanna Renee Hieber; Wydawnictwo Amber 2011, 360 stron; literatura amerykańska, przekład - Agnieszka Zajda

sobota, 4 czerwca 2011

Miasto upadłych aniołów/City of Fallen Angels - Cassandra Clare

oryginalna - wiadomo czemu
Długo Cassandra Clare kazała czekać swoim czytelnikom na czwartą część Darów Anioła. Dla mnie, jako fanki, było to wyjątkowo trudne, przez tak długi czas jedyne, co miałam, to jakieś drobne fakty, cytaty wyrwane z kontekstu i dobitnie mówiąc - ochłapy. Myślałam, że przeczytanie prequelu, czyli Mechanicznego Anioła nieco zaspokoi mój głód, ale okazało się, że była to chwilowa ulga, ponieważ obie serie stały się moimi ulubionymi i na obie wyczekuję teraz w równym stopniu.
Miasto upadłych aniołów jest książką, można by pomyśleć, w której wszystko powoli się ustatkuje. Clary powróciła do Brooklynu, by rozpocząć szkolenie na Nocnego Łowcę. W przerwach między treningami mile spędza czas w towarzystwie Jace'a i oczywiście stara się pomagać Simonowi. Chodzący za Dnia, bo taki zyskał przydomek, jest przytłoczony swoją nową, wampirzą naturą. Okazuje się, że jest  rozpoznawalny w środowisku wampirów, mimo że stara się wieść normalne życie nastolatka. W końcu nie bez powodu zostaje przyprowadzony na spotkanie ze starożytną wręcz wampirzycą Camille. Co będzie katalizatorem przyszłych wydarzeń? Bardzo możliwe, że piekło upomni się o ofiarę. 
Pośród wszystkich części Darów Anioła, które wyszły do tej pory, właśnie ta wzbudziła we mnie najwięcej takich uczuć jak żal, strach, smutek czy bezsilność. Autorka wystawia czytelnika na ogromną próbę, nieustannie mamy ochotę spojrzeć na ostatnie zdanie, połykamy strona za stroną, by tylko nasycić swoją ciekawość, a gdy w końcu dochodzimy do końca - chcemy rwać włosy z głowy. Jestem ogromnie szczęśliwa, że przygoda z Nocnymi Łowcami dalej trwa, ale sprawy przybrały niebezpieczny obrót. Czuje się, jakbym stąpała razem z bohaterami po kruchym lodzie, nawet do tej pory pamiętam tę atmosferę pełną bólu i oczekiwania, która wręcz emanuje z każdej strony.  

"A może po prostu jest tak, że świat tak łatwo niszczy piękne istoty"

Cassandra wykorzystuje swój charakterystyczny styl pisania, pełny dynamizmu, błyskotliwości i swego rodzaju 'iskry' również w tej części, co nie przestanie mnie fascynować. Przeskakuje między scenami z gracją, nawarstwia problemy, przedstawia nam przeróżne teorie, by stopniowo podgrzewać akcję i doprowadzić do wybuchu. Co w tym czasie robimy my, czytelnicy? My spijamy każde słowo, nie czując nawet zmęczenia. 

"Zrobiłabyś wszystko, żeby go urwatować? Bez względu na koszty, bez względu na dług wobec nieba czy piekła, prawda?"

Pamiętam, że jeszcze długo przed wydaniem Miasta upadłych aniołów pojawiła się pewna plotka - ta część miała być całkowicie poświęcona Simonowi i pisana wyłącznie z jego perspektywy. Oczywiście Cassie zdementowała plotki, ale przyznać muszę, że w tej części fanki Simona faktycznie powinny być zadowolone, ponieważ awansował prawie do rangi postaci pierwszoplanowej. Autorka pisze o nim dużo i często, czego ja akurat nie zniosłabym zbyt długo, gdyby zaraz obok nie stąpali Jace, Clary czy ktokolwiek inny. 
Autorka mieszała przeciwstawne uczucia w sposób godny pozazdroszczenia. Nieustannie łączyła i stawiała obok siebie takie uczucia jak nadzieja i ból, wiara i wątpliwość, czy strach i ufność,  zlewając je wszystkie w jedno. Dawkuje w idealnych proporcjach romans, opisy, energiczne sceny walk i wyznania bohaterów. Ogólem ta książka to jeden, wielki zbiór momentów, do których mogłabym wracać bez ustanku.

"Zawsze uważał, że ludzie są piękniejsi niż inne istoty zyjące na ziemi. Ale to właśnie śmiertelność czyniła ich takimi. Byli jak płomienie, które migocząc, płoną jaśniej"

Mogłabym pisać peany na cześć Cassandry Clare, tą książką zdecydowanie udowadnia, że każdy superlatyw i te wszystkie pochwały, które wymieniłam, są jak najbardziej zasłużone. Uwielbiam uzależniające właściwości jej książek, ona stworzyła coś więcej niż historię, coś więcej niż bohaterów 'książkowych', ona sprawa, że to wszystko wydaje się realne, potrafi zaangażować mnie w historię tak, bym myślała o niej długo po zakończeniu i z bólem wyczekiwała kolejnej części. Daję najwyższą ocenę i z czystym sumieniem napiszę, że absolutnie przywiązałam się do tej serii, a ponad rok oczekiwania uważam za wynagrodzony. Po prostu idealna, jedyne wady występujące w tej książce są powodem wydawnictwa - nawet już nie będę zbytnio rozpisywać się na temat okładki  i odmianie imienia "Jace", bo w tej sprawie chyba już wszystko zostało napisane i  wydawnictwo  nie ma zamiaru zrobić nic, przynajmniej jeśli chodzi o okładkę.

Ocena: 6/6 majstersztyk 

"City of Fallen Angels" - Cassandra Clare; Wydawnictwo MAG 2011, 433 strony; literatura amerykańska, przekład - Anna Reszka, tom IV cyklu Dary Anioła/The Mortal Instruments

czwartek, 26 maja 2011

Książę Mgły/El Príncipe de la Niebla - Carlos Ruiz Zafón



Trzeba przyznać, ostatnio dopadł mnie mały kryzys czytelniczy, a gdy chciałam coś z tym zrobić, to wciąż miałam problem z wyborem książki, przebierałam, wymyślałam, ale w końcu postanowiłam, że lekiem na tego typu kryzys może zostać Książę Mgły.
Echo wojny staje się coraz bliższe, a rodzina Carverów musi  podjąć ostateczną decyzję i zdecydować się na wyprowadzkę. Celem ich podróży staje się mała osada rybacka u wybrzeży Atlantyku, a dokładniej pewien dom niegdyś wybudowany przez znamienitego doktora Fleischmanna. Maximilian Carver- zegarmistrz oraz głowa rodziny jest zachwycony mogąc zamieszkać w tak barwnej okolicy i założyć swój zakład, jednak dla reszty jego krewnych jest to smutna konieczność, zwłaszcza dla trzynastoletniego Maxa. Wkrótce jednak Max napotyka na swojej drodze Rolanda, wnuka miejscowego latarnika. Czy Roland może odpowiedzieć na niebezpieczne pytania, które dręczą młodego Carvera od samego przyjazdu? A może pewne wydarzenia są już z góry zaplanowane?
To nie było moje pierwsze spotkanie z tym autorem - to należy do jego najbardziej znanej powieści, czyli Cienia wiatru, przeczytałam także Marinę, więc fakt, że Książę Mgły jest w istocie debiutem literackim Zafóna w ogóle nie zrobił na mnie wrażenia. Potraktowałam tę książkę jak każdą inną, bez usprawiedliwień czy ulg. Okazało się jednak, że nawet nie musiałabym tego robić, ponieważ Książę Mgły potrafi sam obronić swojej pozycji.

"Ale błędem, poważnym błędem jest wiara w to, że można ziścić swoje marzenia, nie dając nic w zamian. Nie wydaje ci się?"
Początek był dla mnie najgorszą częścią, autor skupia się na tym, żeby przedstawić rodzinę Carverów strasznie zwyczajnie, trywialnie wręcz, co wydawało się przesadzone momentami, jednak dalej jest tylko lepiej, więc wystarczy odrobinę cierpliwości.
Do tej pory Zafón oprowadzał mnie uliczkami Barcelony, dawno zapomnianymi alejami czy zakątkami. Teraz jednak akcja nie toczy się w wielkiej Barcelonie, pełnej zabytków i przeróżnych atrakcji - czytelnik zostaje przeniesiony do sennej miejscowości nad Atlantykiem, która z daleka wygląda niczym licha makieta i trzeba powiedzieć, że był wspaniałym przewodnikiem. Słowa, którymi opisywał otaczającą bohaterów scenerię powodowały, że wyobraźnia pracowała na pełnych obrotach a serce biło z zachwytu. Po raz kolejny Zafón uraczył nas cudownymi obrazami i wizjami, co nigdy mnie nie znuży. 

"Złych wspomnień nie musisz brać ze sobą. I bez tego będą cię prześladować"

Smutek i melancholia, które autor przybrał w tak różne oblicza momentami aż stają się wypukłe.Książę Mgły to była dla mnie prawdziwa wyprawa wgłąb siebie, poznałam dzięki niemu emocje, których wcześniej nie byłam nawet świadoma. Mimo że Książę Mgły został zakwalifikowany jako powieść młodzieżowa, autor ma nadzieję, że ten debiut zostanie doceniony również przez starszych czytelników, co według mnie jest naprawdę możliwe - kogo nie wzruszy historia o ludziach, których marzenia zostały najpierw okrutnie wykorzystane a potem obrócone przeciwko nim?

nie ma potężniejszej siły niż obietnica"

Jak na Zafóna przystało rodzaje narracji zamieniają się płynnie - raz mamy do czynienia z wszechwiedzącym narratorem, a drugi raz to znowu bohater opowiadający nam historię z centrum wydarzeń, co nie było zaskoczeniem, ponieważ z tym spotkałam się już w jego poprzednich powieściach. 
Książę Mgły jest momentami książką przewidywalną, nie ma co ukrywać, ale to nie przeszkadzało mi w tym, by się wzruszyć i trwać w oczekiwaniu na rozwój akcji. Największym atutem tej pozycji jest właśnie to, że swoją przewidywalność nadrabia emocjami, klimatem i tym magicznym językiem, który przenosi nas do świata bez granic. 


„Podczas ulewnych deszczy zawsze miał wrażenie, że czas staje w miejscu. Jakby następowało zawieszenie, swego rodzaju antrakt, podczas którego można było spokojnie odłożyć to, co się akurat robiło, by po prostu stanąć przy oknie i całymi godzinami patrzeć ze zdziwieniem na ten spektakl opadającej bez końca kurtyny łez.”

Podobno jest to najsłabsza książka, którą Zafón do tej pory napisał. A ja pragnę powiedzieć, że nie Cień wiatru, ani Marina, tylko właśnie Książę Mgły spowodował, że ten hiszpański pisarz stał się jednym z moich ulubionych.
 
Ocena: 5,5/6 rewelacja 

"El Príncipe de la Niebla" - Carlos Ruiz Zafón; Wydawnictwo Muza 2010, 200 stron; literatura hiszpańska, przekład - Katarzyna Okrasko, Carlos Marrodán Casas

*przesadziłam trochę z cytatami, ale po prostu chcę z podzielić się tymi, które mnie najbardziej zauroczyły :)

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Dziewczyna i chłopak wszystko na opak/Flipped - Wendelin Van Draanen

Nie sądziłam, że sięgnę kiedykolwiek po tę książkę, nie miałam nawet takiego zamiaru. Bo jak to, mdła historyjka, której bieg wydarzeń mogłabym przewidzieć już po pierwszym rozdziale? Ale jak trzeba, to trzeba, a ja ostatecznie spędziłam kilka miłych dni z tą historią.
Sześcioletni Bryce Loski wraz z rodzicami i starszą siostrą przeprowadza się do nowej miejscowości. Tam, od razu napada go Julii Baker, namawiając do pocałunku. Ale na tym okropnym epizodzie perypetie Bryce'a wcale się nie kończą  - dziewczyna chodzi za nim w krok w krok, a to, że jest jego sąsiadką wcale nie pomaga. Tak więc Bryce wciąż unika prześladowczyni, którą do szaleństwa zauroczyły jego niebieskie oczy. Inteligentna, acz nielubiana przez większość Juli nie jest odpowiednim towarzystwem, aż do chwili, gdy bohaterowie rozpoczynają naukę w gimnazjum. Co się zmieni? Ktoś będzie miał wpływ na te zmiany, czy Bryce i Juli sami dokonają pewnych wyborów?
Jak już wiele osób podkreśliło, ta książka jest niezwykle przyjemna, ciepła i urocza, a co ważniejsze, potraktowana z dystansem. Widać, że autorka chciała umilić czytelnikowi czas i poprawić humor w deszczowe dni - po prostu wymyśliła pewną historię, niezbyt rozbudowaną i dodając parę znaczących elementów uczyniła tę lekturę na swój sposób wyjątkową.
Narracja jest na zmianę prowadzona przez Bryce'a lub Juli, co okazało się strzałem w dziesiątkę, ponieważ ci bohaterowie potrafią w tych samych sytuacjach zwrócić uwagę na zupełnie inne rzeczy. Dzięki temu zabiegowi czytelnik dostrzega wyrazistość tych postaci i niewinne różnice, które ich dzielą. Bryce i jego dziwne przemyślenia czy porównania raz po raz wywoływały uśmiech na mojej twarzy, w chwili, gdy Juli zaczynała swą opowieść nastrój się zmieniał; z lekkiego i wesołego na bardziej melancholijny.

"Całość to coś więcej niż suma części" 

Oczywiście sam Bryce z Juli nic by nie zdziałali bez przezabawnych i równie wyrazistych postaci pobocznych. Czasem odnosiłam wrażenie, że dzięki tym postaciom stojącym trochę z boku cała książka wydaje się bardziej dopracowana, a decyzje głównych bohaterów nabierają tempa. W tym momencie chciałam przede wszystkim wspomnieć o dziadku Bryce'a, tak, tym niepozornym człowieku, siedzącym całe dnie przy oknie, który mimo wszystko przekazał swojemu wnukowi trochę mądrości i nauczył go, że świat składa się z różnych odcieni. Już za samą postać wspomnianego dziadka książka zdobyła moje serce, wielki plus to także fakt, że każda z postaci przynajmniej raz się wyróżniła, wniosła coś ważnego, bez czego ta książka na pewno nie była by taka sama.
Moim zdaniem ta książka jest uniwersalna i ponadczasowa - dla młodszych, dla starszych, nawet dla tych, którzy jak ja mieli pewne wątpliwości, ponieważ autorka nie porusza tylko tematów o nastoletniej miłości, ale także coś głębszego, co może dotyczyć każdego z nas. Nie mogę doczekać, kiedy obejrzę ekranizację! Mam nadzieję, że jest równie dobra (a może nawet lepsza) Fakt, że książeczka ta ma zaledwie 222 strony, a akcja odbywa się praktycznie w tych samych miejscach na pewno nie sprawi, że zapamiętam ją na wyjątkowo długi czas, ale chyba właśnie taki był zamiar - lekka, zabawna i przyjemna :)

Ocena: 5/6 bardzo dobra

"Flipped" - Wendelin Van Draanen; Galeria Książki 2011,222 stron; literatura amerykańska, przekład - Dorota Dziewońska
Za książkę dziękuję wydawnictwu Galeria Książki

niedziela, 27 marca 2011

Wschodzący księżyc/Full Moon Rising - Keri Arthur

Riley Jenson jest przypadkiem dość osobliwym - wilkołakiem z domieszką wampirzych cech. Skrywa ten sekret od wielu lat wraz ze swoim bratem bliźniakiem, Rhoan'em, u którego dominuje wampirza natura. Riley na co dzień pracuje w biurze Departamentu Innych Ras w Melbourne i stara się wieść spokojne życie, w miarę możliwości oczywiście, udawanie, że jest się wilkołakiem czystej krwi może być czasem skomplikowane. Tym bardziej, że Rhoan przebywa na misji dłużej, niż to konieczne, a przed ich domem pojawia się nagi wampir. Czy zbliżają się kłopoty? Najwyraźniej tak. W biurze aż szumi od podejrzeń w sprawie zaginięć, w dodatku pozostał tylko tydzień do pełni księżyca, który rozpala w Riley gorączkę i pożądanie.
Moja pierwsza obawa - że zostaniemy zaatakowani, wręcz zmieceni z powierzchni ziemi wirem intryg, brutalnych morderstw, porwań czy przeróżnych kłopotów głównej bohaterki, całe szczęście się pomyliłam, ponieważ autorka zachowała stosowny umiar i  z wyczuciem rozbudowuje historię, a także wizję futurystycznej Australii. Tak, chyba najbardziej podobało mi się właśnie to, że nie znajdujemy się już w XXI wieku,  wilkołaki i wampiry wyszły z ukrycia, a ludzie zdają sobie sprawę z ich obecności. To było wręcz idealnym posunięciem; wszelkie informacje są dawkowane, więc w każdej chwili możemy dowiedzieć się czegoś nowego o przedstawionym świecie i nowych regułach.
Riley, jako połączenie wilkołaka i wampira nie wzbudziła mojego entuzjazmu na początku, przecież te rasy są odwiecznymi wrogami, do czego (nie bez powodu) zdążyłam się już przyzwyczaić. A tutaj spotkała mnie mała, a jednak znacząca niespodzianka, ponieważ u Riley dominuje wilcza strona. Wtedy zorientowałam się, że jej mieszane pochodzenie to zarówno dar jak i przekleństwo - w Australii każdy tylko czeka na znalezienie tak wartościowego i utalentowanego pracownika. Poza tym Riley z umiejętnościami obu ras jest o wiele bardziej barwna i ciekawsza, a jej przygody nabierają pikanterii.
Nasza pół-wilkołaczyca musi znaleźć osoby godne zaufania, szczególnie teraz, gdy życie jej i brata staje w niebezpieczeństwie. My w tym czasie poznajemy przeróżne osobistości -  szarmancki i niebezpieczny Quinn, wraz z aroganckim Talonem i odważną Riley przyciągali mnie do książki. Na uwagę zasługuje także Misha, którego po prostu trzeba poznać, ponieważ jest to postać dość zróżnicowana. W stosunku do reszty pozostałam obojętna i mam nadzieję, że psychologia postaci będzie lepiej dopracowana w następnych tomach.
Bardzo denerwowało mnie to, że autorka postanowiła osadzić akcję w takim a nie innym okresie - dopełniający się księżyc i wspomniana wyżej gorączka wśród wilkołaków. Przez ciało Riley nieustannie przechodzą dreszcze, ciągle ma ochotę na seks i narzeka, jak to moc księżyca całkowicie ją pochłania, to było niesamowicie drażniące momentami nie tylko dla mnie, ale dla głównej bohaterki również. Czasem nie mogłam odróżnić jej prawdziwych uczuć czy myśli, od tych wywołanych nadchodzącą pełnią.
Keri Arthur pozostawiła sobie mnóstwo furtek, które z pewnością wykorzysta w kolejnych 8 tomach. Napisała książkę przyjemną, ale nie bez wad, zastanawiam się nawet, jakie pomysły na seks będzie miała w kolejnych przygodach Riley, bo momentami było to nużące i aż nieprawdopodobne. Ofiarą miłosnych uniesień mógł zostać każdy, trochę kojarzyło mi się to z losowaniem - 'Teraz ty!'

"-Zgadza się, ale wyczytałam to z wyrazu jego twarzy...
-Wampir taki jak Gautier pozbawiony jest wyrazu twarzy."

Ocena: 4/6 w porządku

"Full Moon Rising" - Keri Arthur; Instytut Wydawniczy Erica 2011, 438 stron; literatura amerykańska, przekład - Kinga Składanowska; 1 tom serii Zew nocy/ Riley Jenson Guardian1
Za książkę dziękuję Instytutowi Wydawniczemu ERICA

*Brawa dla wydawnictwa za tak cudowną okładkę i za to, że nie zdecydowali się wziąć oryginalnej, bo jest obrzydliwa.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...